Dla mnie jedną z najciekawszych rzeczy w neurofeedbacku jest to, że pozwala człowiekowi zobaczyć coś, co na co dzień pozostaje ukryte – własną aktywność mózgową.
Działa to jak lustro. Dopóki w nie nie spojrzymy, pewne szczegóły naszego wyglądu pozostają poza naszą świadomością. Kiedy jednak pojawia się odbicie, możemy je zauważyć, ocenić i w razie potrzeby skorygować. W neurofeedbacku taką rolę pełni właśnie informacja zwrotna. Nieuchwytna zazwyczaj praca mózgu przybiera postać obrazu, dźwięku lub innego sygnału. Dzięki temu osoba trenująca zaczyna dostrzegać bezpośredni związek między swoim stanem a tym, co dzieje się na ekranie.
Dlatego neurofeedback to dla mnie coś więcej niż zwykła praca z urządzeniem – to przede wszystkim proces uczenia się. Część tej nauki zachodzi automatycznie, na poziomie warunkowania, ale z czasem staje się coraz bardziej świadoma. Człowiek zaczyna lepiej rozpoznawać własne stany i dowiaduje się, jak na nie wpływać. Procesy wcześniej niedostępne stają się czymś, co można zauważyć i wykorzystać w codziennym życiu.
Nie istnieje przy tym jeden uniwersalny neurofeedback odpowiedni dla każdego. Można go prowadzić na różne sposoby, dlatego zawsze warto zadać sobie kluczowe pytania: co właściwie mierzymy, co chcemy trenować, dlaczego wybieramy daną metodę i czy odpowiada ona potrzebom konkretnej osoby.
Największa wartość neurofeedbacku nie tkwi więc w samym sprzęcie, ekranie czy elektrodach. Tkwi w tym, że to, co niewidoczne, staje się czytelne. A kiedy dostajemy jasną informację, zyskujemy możliwość nauki – lepszego rozpoznawania swoich stanów, sprawniejszej autoregulacji i coraz bardziej świadomego kierowania własnym funkcjonowaniem.
[M.S.]